Ładowanie...

O nas

Sto lat temu, podczas zabawy tanecznej w jednym z ogródków restauracyjnych na poznańskim Dębcu, spotkało się dwoje młodych ludzi – Marcel i Stefa. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Rozdzieliła ich jednak wojna. Nie mogli być razem. Przyrzekli, że każdego dnia będą pisać do siebie listy.

Po stu latach prezentujemy korespondencję Marcela i Stefy. Pierwszy list został napisany 1 października, ostatni 16 lutego 1919 roku, gdy zwyciężyliśmy w powstaniu wielkopolskim.

Poznajcie historie „Zakochanych w powstaniu”, to mogło wydarzyć się naprawdę.

Kiedy Marcel poznał Stefę

We wrześniu 1918 roku w Poznaniu było ciepło, liście spadały z drzew, w powietrzu unosiło się babie lato, słowem – panowała złota, polska jesień. Ogródki restauracyjne rozłożone wzdłuż Drogi Dębińskiej pełne były gości, którzy choć na kilka godzin pragnęli zapomnieć o okropnościach wojny, o nadchodzącej zimie i poczuć się jak w beztroskich latach belle époque.

Wojskowy skład, który miał zawieźć Marcela do jego oddziału stacjonującego w Lotaryngii, następnego poranka wyjeżdżał z poznańskiego dworca; chłopak bał się, że wyrusza w drogę, z której nie ma powrotu. Stefania wiedziała, że praca, którą podejmie we wtorek w ubezpieczalni, nie jest zwyczajnym zatrudnieniem; jeśli dojdzie do dekonspiracji, to uznana może zostać za wroga i oddana będzie pod sąd wojenny. Tej ostatniej nocy oboje pragnęli zapomnieć o tym, co zwiastują nadchodzące dni, nie myśleć o przyszłości, oddać się zabawie.

Ich spojrzenia spotkały się. To było niczym wyładowanie elektryczne. Nie mogli oderwać od siebie wzroku. Przyciągali się jak dwa magnesy. Nie zdążyli poznać swych imion, a już czuli, jakby znali się od zawsze. Gdy Marcel poprosił ją do tańca, zgodziła się bez chwili zastanowienia. Przyjaciele, muzyka, zabawa, alkohol – wszystko przestało być ważne. Byli tylko oni.

Kiedy żegnali się na peronie, przed poznańskim dworcem z czerwonej cegły, nie mogli się od siebie oderwać. Wyznali sobie miłość, obiecali modlić się codziennie o jak najrychlejsze spotkanie, a przede wszystkim przyrzekli, że będą pisać do siebie listy… codziennie…

Bohaterowie

Stefania Dohn ma 18 lat, pochodzi z Kaźmierza pod Szamotułami, jest córką bogatego gospodarza, który wybudował najpiękniejszy dom przy kaźmierskim rynku, żeby dać żonie namiastkę tego, do czego przywykła, dorastając w patrycjuszowskiej kamienicy przy poznańskim rynku.

Ich córki wychowywane są w sposób typowy dla ziemiańskich domów. Od dzieciństwa zajmują się nimi guwernantki, a gdy kończą 10 lat, trafiają do Szkoły Ludwiki w Poznaniu. Stefa z wyróżnieniem ukończyła szkołę dla dziewcząt i marzy o kontynuowaniu nauki. Studia wiążą się jednak z wyjazdem do Wrocławia, Berlina, Wiednia, Paryża czy Lozanny, niestety trwa wojna i rodzice nie zgadzają się na takie wojaże.

Dziewczyna nie widzi dla siebie miejsca w rodzinnym miasteczku, dlatego po wakacjach przyjeżdża do Poznania, zamierza podjąć pracę, samodzielnie się kształcić, działać w organizacjach społecznych i… czekać, aż wojna się skończy, by móc spełnić swe marzenie o uniwersytecie. Mieszka u ciotki przy ekskluzywnej ul. Moltkego na poznańskich Jeżycach, udziela prywatnych lekcji francuskiego i gry na pianinie, prowadzi zajęcia na kursach organizowanych przez Towarzystwo Przyjaciółek „Warta”.

Od 1 października ma zostać sekretarką w Towarzystwie Ubezpieczeniowym Vesta przy ul. Święty Marcin. Biuro ubezpieczalni jest jednocześnie siedzibą tajnej Naczelnej Rady Ludowej – niezależnego polskiego rządu w zaborze pruskim. Stąd przyglądała się będzie temu, co dzieje się w Poznaniu, Wielkopolsce, Polsce i Europie; wszystko, co widzi i czuje notuje w listach, które każdego dnia pisze do ukochanego…

Marcel Kuśmider ma 19 lat, urodził się na robotniczej Wildzie, dzielnicy mającej w Poznaniu bardzo złą sławę. Jego ojciec jest majstrem w pobliskich zakładach kolejowych, wynajmują mieszkanie w czynszowej kamienicy przy ul. Szwajcarskiej, matka prowadzi dom, zajmuje się wychowywaniem czworga dzieci oraz dorabia krawiectwem.

Marcel od zawsze był niepokorną duszą, wolał łobuzować, niż pomagać w domu czy uczyć się w szkole. Ani matczyne prośby, ani ojcowski pas nie potrafiły na niego wpłynąć. Przypadek sprawił, że jego życie całkowicie się zmieniło; pewnego dnia schronił się przed deszczem w świetlicy Towarzystwa Przyjaciółek Wzajemnego Wspierania się i Opieki nad Dziećmi „Warta”, gdzie przygotowywano przedstawienie z okazji 3 Maja – żywe obrazy z historii Polski. Patrzył na dzieci przebrane za wojów Bolesława, rycerzy Jagiełły, renesansowych humanistów czy kosynierów spod Racławic i… zapragnął do nich dołączyć.

Tajna szkoła prowadzona przez warcianki była pierwszym kręgiem wtajemniczenia, później wstąpił do organizacji skautowskich i harcerskich, tajnych kółek samokształceniowych, organizacji strzeleckich, Unii, a wreszcie do Polskiej Organizacji Wojskowej zaboru pruskiego. Marcel stał się czynnym konspiratorem, dążącym do odrodzenia się państwa polskiego.

Państwo pruskie, którego był obywatelem, wezwało go jednak do służby wojskowej. Trafił na front zachodni, walczył i widział bezsensowną śmierć setek kolegów – Polaków, Niemców, Francuzów. Szczęście także go opuściło, został ranny, trafił do szpitala polowego, a potem na rekonwalescencję do rodzinnego miasta. Był już zdrów, czas przepustki się kończył, musiał wracać na front. Ostatniej nocy poznał jednak dziewczynę i… nie mógł przestać o niej myśleć. Każdego dnia pisał do niej list…