Ładowanie...

1. Restauracja "Columbia"


„Columbia”, a raczej jak wtedy mówiono „Columbija”, to było miejsce, w którym Marcel po raz pierwszy zobaczył Stefę. Okazją do spotkania nie była jednak wycieczka all inclusive do egzotycznego kraju Ameryki Południowej, ale… zabawa taneczna w popularnym ogródku restauracyjnym przy Drodze Dębińskiej.

Droga Dębińska wytyczona została w 1820 roku, na polecenie księcia Antoniego Radziwiłła, namiestnika Wielkiego Księstwa Poznańskiego, który chciał, by jego żona mogła łatwo dotrzeć do swojego pałacyku myśliwskiego w lasku dębińskim. Biegnąca wzdłuż Warty trasa spodobała się nie tylko księżnej, ale też mieszkańcom miasta, którzy spacerowali nią idąc ku Warcie, laskowi dębińskiemu czy dalej do Puszczykowa.

Nie minęło wiele czasu, a wzdłuż Drogi Dębińskiej zaczęły powstawać wille bogatych mieszczan. Szybko dostrzegli oni, że potencjał tego miejsca tkwi w stworzeniu zaplecza rozrywkowego dla poznaniaków. Wzdłuż zielonej drogi pojawiły się restauracje, a wokół nich wyrastały altany, strzelnice, kręgielnie, sceny, muszle koncertowe, podesty taneczne. Droga Dębińska szybko stała się najpopularniejszym miejscem spędzania wolnego czasu.

Kolejnym etablissementom, czyli ogródkom restauracyjnym, ich właściciele nadawali nazwy, które kojarzyć się miały z prestiżem, stanowić namiastkę odległych krain, nieść powiew egzotyki, sugerować nieskrępowaną zabawą. Była więc „Nowa Ameryka”, „Columbia”, „San Domingo” ale także „Dolina Szwajcarska”, „Villa Nova”, „Nowa Wenecja”, „Wiktoria”, czy wreszcie „Nowa Syberia”. Bohaterowie naszej opowieści spotkali się właśnie w jednym z tych plenerowych lokali, w „Columbii”.

„Columbia” była jednym z najstarszych ogrodów restauracyjnych przy Drodze Dębińskiej, powstała już w 1836 roku, na początku była drewnianą karczmą, a kolejni właściciele sukcesywnie ją rozbudowywali, tak że na początku XX wieku składała się z kilkunastu obiektów zlokalizowanych na sporym obszarze. Znajdowała się ona u zbiegu Drogi Dębińskiej oraz prowadzącej do „Columbii” uliczki, która w 1911 roku zyskała urzędową nazwę An-den-Bleichen, w wolnym tłumaczeniu „Na Wybielaczu”. W 1919 roku władze polskie przechrzciły na ul. Bielniki. Jakie było pochodzenie tej nazwy, kroniki miejskie nie zapisały, acz znajdująca się przy niej „Columbia”, nasuwać może pewne skojarzenia. Powróćmy jednak do Stefy i Marcela.

To nie był przypadek, że spośród ogródków rozrywkowych, wybrali właśnie „Columbię”. Zabrzmieć to może niewiarygodnie, ale przy wyborze miejsca zabawy kierowali się względami… patriotycznymi. W Poznańskiem bowiem silnie zakorzenione było hasło „swój do swego”, a właścicielami tego lokalu byli miejscowi rzeźnicy Franciszek Latanowicz i Stanisław Żurkiewicz.

Nasi bohaterowie doskonale znali ten kompleks. Marcel pamiętał wielką zabawę latową (dziś powiedzielibyśmy letnią), jaką urządziło tutaj Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, do którego należał. Połączona ona była z wielkimi ćwiczeniami Sokołów i Sokolic, podczas których chłopcy pokazywali swoją tężyznę podczas gimnastki, a dziewczęta prezentowały się w układach tanecznych z maczugami, potem zaś jedni i drudzy grali w piąstkówkę, czyli namiastkę naszej współczesnej siatkówki.

Stefania przychodziła do „Columbii” z ojcem, gdy przyjeżdżał do Poznania, by osobiście dopilnować swych interesów. Siadała wtedy z koleżankami w ogródku, popijając świeżą lemoniadę, podczas gdy on załatwiał ważne sprawy w jednym z budynków, w tym gdzie znajdowała się kręgielnia. Była też tu na majówce z nauczycielkami i koleżankami z pensji pani Estkowskiej, ale największym przeżyciem był zlot towarzystw śpiewaczych, na który zabrała ją ciotka. Słysząc chóry wykonujące polskie pieśni, czuła jak unosi się z radości.

W tym właśnie ogródku restauracyjnym etablissementu „Columbia” przy Drodze Dębińskiej Marcel pierwszy raz zobaczył Stefanię. I już to jedno spojrzenie wystarczyło mu żeby… zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Zobacz także